Jak ktoś pracuje 25 lat w szpitalu to zna wszystkich i wszyscy go znają. Gdziekolwiek się ruszysz tam masz znajomych i koleżanki. To twój świat, znany od lat i oswojony. Jeśli coś się zmienia to nagle czujesz się niepewnie i niestabilnie. A jeśli te zmiany są głębokie i szokujące to stwierdzasz, że to koniec świata.
Jak rozpoczęłam swoją pracę zawodową to rano, do szpitala, płynęła rzeka ludzi. Zazwyczaj kobiet, młodych, roześmianych i gadających o najnowszych ploteczkach. Gdzieniegdzie pracowały starsze koleżanki, ale one raczej były w dużej mniejszości. Na dyżurach było po kilka pielęgniarek, często zatrudnione były też pielęgniarki zabiegowe. Obsada była liczna, nie było zagrożenia bezpieczeństwa pacjenta. To był inny świat.
Teraz są jednoosobowe obsady, średnia wieku personelu przeraża: ponad 48 lat. W szatni przebieram się sama a puste szafki straszą. Gdy kończę dyżur straszą mnie puste piwnice z szatniami, gdzie nie słychać nikogo. Nie ma młodych do pracy, bo nie ma etatów lub praca okazuje się za ciężka. Nas komuna nauczyła zapierniczać bez skarg, a młode wiedza , że powinno być inaczej. Nie godzą się na półśrodki, chcą godnie zarabiać i cenią się czasami bardzo wysoko. One nie mają doświadczenia i pracy, a my nie mamy następczyń. A może to dobrze, bo co drugi szpital kończy swoją działalność. Nasz też stoi na skraju przepaści, finansowej przepaści. Kończy się mój świat.
Mąż zaprosił mnie do kina na film o profesorze Relidze. Fajny film: ,, Bogowie”. Pamiętam tamte lata i pracę w szpitalu. Nie było procedur i liczenia kosztów, wszystkiego brakowało, sprzęt był stary, nie było takiej możliwości diagnostyki, ale oddziały pękały w szwach. Leczono wiele trudnych przypadków z pełnym sukcesem, nie było takiej tragicznej opinii o personelu. Szpitale były dla ludzi a nie po to żeby zarabiać. Pamiętam początek pracy na ginekologii, jeśli lekarzy zaniepokoił wynik np. morfologii lub EKG to zlecali konsultację internistyczną. Nie liczyli kosztów oddziału jak teraz. Dzięki temu, częściej ,,wyłapywano” wiele schorzeń u pacjentów hospitalizowanych z innych powodów. Teraz, jeśli nawet coś jest, to pacjent musi dopilnować tego sam. Czy było dobrze? Nie wiem, ale było inaczej. Pracowało się z pasją, kasa nie przysłaniała wszystkiego. Teraz młode położne mają inne priorytety. Może tak ma być? Może to my jesteśmy reliktami. Tylko, że ten cholerny relikt potrafi nosić na rękach dziecko całą noc, a młoda uznaję ,,prawo do płaczu”, my biegamy całą noc, a młoda po 10 godzinach już ma zaniki pamięci: nie zrobione zabiegi, brak wyników… Ja kończę dyżur i ciągle myślę czy wszystko zrobiłam, a młoda już z torebką pruje do windy. Och, nie mówcie, że się czepiam. Tak jest nie tylko na moim oddziale.
Dobrze, mam dziś zły humor, jutro będzie lepiej. Ale ,,Bogów” warto obejrzeć i pamiętajcie: Religa walczył o coś, chciał zmian i to mu się udało. Nie był z brązu, był z krwi i kości, z wielkim serduchem.
Komentarze
Prześlij komentarz